piątek, 26 września 2014

Pierre Ryckmans, RIP



W sierpniu odszedl Pierre Ryckmans, znawca Chin. Naukowo zajmowal sie chinska sztuka, szerszej publicznosci znany byl jako autor ksiazek o Chinach epoki Mao. Tlumacz Konfucjusza.
Tak moglby brzmiec jego najkrotszy profil, ktory pomijalby jednak sedno rzeczy.

Zmarl bowiem jeden z najwiekszych wspolczesnych eseistow, i wspanialy erudyta. Jesli o kims powiedziec mozna "umysl renesansowy" to wlasnie o nim. To ktos, kto opisujac Chiny lat 70-tych potrafil cytowac przy okazji np. Kazimierza Brandysa...A jego eseje o Chestertonie, Simone Weil, czy Matce Teresie? A jego sfilmowana powiesc "Smierc Napoleona"? Co wiecej, rownie doskonale pisal po francusku (swoim macierzystym jezyku), co po angielsku.

Coraz czesciej lapie sie na mysli, widzac jakas gruba ksiazke, czy warto wchodzic w te 400, czy 500 stron, nawet jesli ma pochlebne recenzje. W Kindlu od dawna trzymam ostatnia pozycje Ryckmansa (pseudonim Simon Leys), zbior jego esejow z roznych dziedzin pt.The Hall of Uselessness: Selected Essays . Przeczytalem zaledwie kilka o chinskiej poezji i malarstwie. Inne czekaja. Wolalem ciagle miec te frajde przed soba. Teraz nadszedl moze czas ostatecznej konsumpcji...    

http://www.foreignpolicy.com/articles/2014/08/12/Simon_Leys_Chinafile_remembrance_sinologist
http://www.chinarhyming.com/2014/08/12/pierre-ryckmans-simon-leys-1935-2014/

czwartek, 25 września 2014

China's "Leftover" women

http://shanghaiist.com/2014/04/14/interview-leta-hong-fincher-part-one.php

.....[...I]n the interviews that I did with men and women in their twenties and early thirties, I found that gender norms really are evolving. So, the younger generation really does believe in more gender equality. They do have more gender-equalitarian beliefs on the whole. I mean, obviously there are a lot of exceptions, but I would say that the younger generation on the whole is more progressive, especially in big cities like Beijing and Shanghai.

What I argue, though, particularly in my dissertation where I really focus on residential real estate, [is that] the real estate boom following China’s privatization of housing has led to resurgence of gender inequality and created new forms of really stark gender inequality in wealth, because there’s this inextricable link between marriage and home-buying in China. So, when a young couple decides to get married, the norm is that they’re supposed to buy a home in the private market. And that’s when the older generation’s traditional patriarchal beliefs come into play. Buying a home is an extremely complicated financial transaction. And, because homes are so exorbitant now, it is virtually impossible for a young person to buy a home on their own. They have to rely on the heavy financial input from their parents or elders. And so, basically what happens is that you have to have the pooling of family assets to buy a home, and when you come to these vast quantities of money, where the parents and the elders have been saving and scraping their whole lives, that combines with a whole bunch of different norms. One is the norm that the man is supposed to be the official breadwinner and that the woman doesn’t need to own property.

Another norm is basically a myth that is propagated by the state media in collaboration with the real estate developers and the matchmaking industry. They spread the myth that a man has to own a home in order to attract a bride. Which is why so many parents invest so heavily in buying their sons a home, and then they don’t help their daughter buy a home. In my research, I found just a very consistent, a shockingly consistent pattern, when there’s a son and a daughter, the parents buy a home for the son and they don’t for the daughter. But I also found cases even more disturbing, where the parents don’t even have a son, they have an only daughter and rather than help their daughter buy a home, even though she wants one, they help their nephew buy a home. That is a really big part in the creation of the huge gender wealth gap. [Source]

Conversation with a cab driver





Chinese “Nationalism” And The Desire For War

 Andrew Chubb asks at South Sea Conversations, “to what extent should we really understand the phenomena that get labelled ‘Chinese nationalism’ in those terms?” He translates a conversation with a pro-war taxi driver from the introduction to Phoenix TV host Qiu Zhenhai’s book:
What is good about war? It could leave us broken and destitute.” I decided to have some fun with the driver.

War is good, it reshuffles the cards. Otherwise, people like me will be driving taxis until we’re 80.” His frankness was startling, and I suddenly felt a pang of seriousness.

[…] “If I lose my life, I lose my life. I’m not like those people who own property or companies. I’m even less like the corrupt officials who have riches they can steal. I am a proletarian, with nothing to care about. These days I don’t see any hope, it’s better to just take a gamble.” He was getting more and more forthright.

His answers made me feel heavy and serious. I didn’t feel the need to provoke him any more.

[…] How many of the expressions of Chinese desire for war over remote uninhabited islands have less to do with avenging “national humiliation” or reclaiming “ancestral territory” than with a desire for something, anything, to shake Chinese society up?

Leaving China

At The Economist Gady Epstein writes that middle-class Chinese are emigrating in growing numbers, “in search of a cleaner, slower life”:

FOR years Lin Chen resisted his wife’s entreaties to move abroad. Then, when their daughter was born in 2012, he started thinking about her schooling. He realised he wanted a less stressful education than the one he and his wife endured in their climb to the middle classes, and he wanted to leave space for fun. “My wife and I suffered a lot,” he says. “I don’t want my daughter to suffer through all that.”

And so the Lin family will soon be off to Adelaide, Australia, part of the greatest and most consequential wave of emigration in modern Chinese history: middle-class Chinese seeking not better opportunities or political freedoms but a better quality of life. Chinese emigrants are leaving good jobs, cashing out their high-priced homes (or investment properties) and leaving China’s rat race behind. They are unlikely to find better jobs anywhere else, but the air and water are less polluted where they are going, the social safety-net less frayed and the food safer to eat. And there is no one-child policy.

czwartek, 24 lipca 2014

Korea 100 dni po katastrofie

Minęło 100 od katastrofy koreańskiego promu Sewol. Pisałem o tym szerzej kilka tygodni temu. Odnaleziono właśnie ciało poszukiwanego Yoo Byung-euna, faktycznego właściciela promu i głównego podejrzanego o spowodowanie katastrofy-chodziło o nagminne lekceważenie standardów bezpieczeństwa i korupcje. Okoliczności śmierci Yoo są nieznane, nie żył już od co najmniej kilku tygodni. Postępowanie trwa.
Katastrofa wstrząsnęła Koreańczykami. Nie tylko dlatego, że zginęło ponad 300 ludzi (w większości młodzież na szkolnej wycieczce), ale też z powodu tego, co wyszło na jaw przy jej okazji: skali zaniedbań w koreańskiej żegludze, chaosu akcji ratowniczej, powszechnej korupcji na styku biznesu i rządowej biurokracji.
16 podejrzanych o spowodowanie katastrofy, w tym kapitan, który na samym początku ewakuował się z tonącej jednostki, stoi dziś przed sądem. Nie ustają protesty bliskich ofiar domagających się całkowitego wyjaśnienia okoliczności katastrofy. Wczoraj zorganizowali oni w tym celu marsz, który dziś dotarł do Seulu.
Tymczasem trauma po tragedii przełożyła się na gospodarkę-wzrost PKB znacznie się obniżył, mówi się nawet o początku długotrwałej stagnacji.
Wracam do tego tematu także po to, by choć trochę urealnić obraz Korei Południowej, zwłaszcza w Polsce, gdzie stawia się ją powszechne za wzór do naśladowania. Robią to i politycy i media.
Koreę jest za co podziwiać, ale kraj ten ma swoją pokaźną działkę problemów, o czym nie raz już na tym blogu pisałem.



Ps. Dodajmy jeszcze, że od zatonięcia promu wydarzyło się już w Korei kilka poważnych wypadków komunikacyjnych. Powyższy link wspomina o dwóch, a ja dopisuje jeszcze wcześniejsze zderzenie pociągów w seulskim metrze.


czwartek, 10 lipca 2014

Indonezja- łeb w łeb

Wczoraj za szybko niektore agencje (a ja za nimi) odtrabily zwyciestwo Jokowi. Dzisiejsze szacunki pokazuja, ze wynik jest nierozstrzygniety. Osiem sondazowni podzielilo sie dokladnie na pol: cztery wskazuja zwyciestwo Jokowi, a cztery Prabowo!
Obaj kandydaci oglosili juz swoja wygrana. Pojawily sie tez glosy, ze gdyby Jokowi mial wygrac minimalnie, to Prabowo moze nie uznac wynikow. Czekamy.

środa, 9 lipca 2014

Indonezja-wybór moralny

Dziś odbyły się wybory prezydenckie w Inodonezji, o czym pewnie mało kto w Polsce wspomni. A chodzi przecież o trzecią najlicznijeszą demokrację na świecie, w dodatku islamską. Były to być może najważniejsze wybory w 16. latach indonezyjskiej demokracji. Dziennik "Jakarta Post", w edytorialu sprzed kilku dni, pierwszy raz od swojego powstania poparł wyraźnie jednego z kandydatów. Stamtąd właśnie jest sformułowanie o „moralnym wyborze” mającym być starciem przeszłości z przyszłością.

Pierwsze nieoficjalne rezultaty wskazują, że wygrała przyszłość.

A oto szczegóły sytuacji w Indonezji, z artykułu który powstał ok. 10 dni przed wyborami. Czytelnik szybko rozpozna główne postaci dramatu oraz to jakie siły i wartości oni sobą reprezentują.

***
WYBORY W KRAJU ALLAHA

Był 11 marca tego roku. Megawati Sukarnoputri, przewodnicząca Demokratycznej Partii Indonezji-Walka przerwała wizytę we wschodniej części Jawy i o północy wyruszyła na drugi kraniec wyspy do miejscowości Bogor, by pomodlić się przy grobowcu swojego ojca Sukarno, pierwszego prezydenta niepodległej Indonezji. Towarzyszył jej Joko Widodo, burmistrz Dżakarty, zwany popularnie Jokowi. Choć oficjalny komunikat pojawił się dopiero kilka dni później, to sygnał był jasny: Jokowi, autor najbardziej niezwykłej kariery politycznej w Indonezji ostatnich lat, dostał od Megawati, w imieniu jej partii, oficjalne błogosławieństwo na start w wyborach prezydenckich 9 lipca.

Gdyby Jokowi, lat 52, urodził się w którymś z krajów Zachodu jego kandydatura na najwyższy urząd w państwie byłoby naturalnym zwieńczeniem zawodowej kariery. Przez dwadzieścia lat prowadził niewielki biznes meblarski, potem wszedł do lokalnej polityki, by w 2012 roku wygrać, z dużą przewagą, wybory na burmistrza Dżakarty. W Indonezji jednak po upadku dyktatury Suharto 16 lat temu, scenę polityczną zdominowały elity wywodzące się w większości z poprzedniego reżimu. Oligarchowie i dawni wojskowi wymieniają się, w ramach istniejących partii, władzą po kolejnych wyborach. System jest skostniały i skorumpowany, a dla kogoś z zewnątrz nie było w nim dotąd miejsca.

Jokowi pierwszy raz zwrócił na siebie uwagę w 2011 roku, gdy otrzymał tytuł „Najlepszego burmistrza Indonezji”. Sprawował wtedy ten urząd w 500-tysięcznym Solo, w centralnej Jawie, wybrany na drugą kadencję z 90 procentowym poparciem. Ukrócił tam korupcję, uporządkował centrum miasta, skutecznie objął pomocą najbiedniejszych. Potem, na dużo większą skalę, zaczął robić to samo w stolicy. Urzędnicy magistratu dowiedzieli się, że powinni przychodzić do pracy codziennie i to na osiem godzin. Firmom umożliwiono składanie zeznań podatkowych przez internet co miało zmniejszyć korupcję. Dzieci z biedniejszych rodzin otrzymały tzw. Jakarta Smart Card, na którą kupić mogą sobie, do 60 złotych miesięcznie, przybory szkolne i jedzenie. Nowy burmistrz ruszył też dwie największe bolączki 12 milionowej metropolii: zaniedbany transport publiczny i brak ochrony przed regularnymi powodziami.

Jokowi nie stałby się jednak tak popularny, gdyby nie styl jego polityki. Dżakarta nie miała jeszcze burmistrza, który codziennie wychodzi spotykać się z ludźmi: do sklepów, slumsów, w autobusie. Wysłuchuje ich problemów, proponuje rozwiązania, robiąc to bez żadnej pozy, czy wymuszonej naturalności. Niełatwo też znaleźć dzisiaj w Indonezji polityka, na którym nie ciąży nawet cień podejrzeń o korupcję i który swoje spotkania w czasie pracy każe nagrywać i zamieszcza je na YouTube.

Ale ani treść polityki ani jej forma nie wystarczyłyby, żeby polityka z prowincji zaprowadzić do miejsca, w którym jest dziś. Drzwi uchyliły się, gdy wewnątrz elit w Dżakarcie doszło do konfliktu i w wyborach w 2012 roku sięgnięto przeciw urzędującemu burmistrzowi po czystą i popularną twarz z zewnątrz. Rękę przyłożył wówczas do tego generał Prabowo Subianto, który teraz jest rywalem Jokowi w walce o fotel prezydencki.

Generał z przeszłością

Prabowo wywodzi się z rodziny ministrów i bankierów. Ten były zięć Suharto, wyedukowany za granicą, od wczesnych lat przeznaczony był do sprawowania najwyższych urzędów. Droga to tego wiodła wówczas często przez armię. Gdy Jokowi sprzedawał jeszcze meble w swojej firmie, generał Prabowo dowodził elitarnymi jednostkami specjalnymi. Wtedy była to nobilitacja, w demokratycznej Indonezji jednak, taki życiorys może przeszkadzać w politycznej karierze. Tym bardziej, że nawet na tle ówczesnej armii, Prabowo wyróżniać się miał brutalnością. W czasie zamieszek towarzyszących upadkowi reżymu Suharto, jego oddziały podejrzewano o porywanie demonstrantów, z których kilkunastu nigdy nie zostało odnalezionych.

Dwa miesiące przed wyborami wypłynęła kopia dokumentu z 1998 roku, w którym Prabowo zostaje zwolniony z armii za niesubordynację i naruszanie praw człowieka. Generał odpowiada, że nigdy mu niczego nie udowodniono, a jako żołnierz wykonywał tylko rozkazy. Co ciekawe w obecnych wyborach część byłej generalicji stanęła przeciw Prabowo, twierdząc że jest niestabilny emocjonalnie i ma dyktatorskie zapędy.

Prabowo jest dziś drugi w sondażach, ale jego strata do Jokowi maleje, zbliżając się do granicy błędu statystycznego. Skąd zatem ta popularność?
Niemało Indonezyjczyków uwierzyć musiało w przekaz, który Prabowo serwuje im w czasie wieców wyborczych: „Indonezyjska elita za długo już okłamuje ludzi, okłamuje naród i samych siebie. Wszyscy są skorumpowani! Wszyscy nasi przywódcy chcą być kupieni!” Nawet jeśli słowa te nie są dalekie od prawdy-Indonezja jest na 114 miejscu w światowym rankingu korupcji, to mówi je człowiek będący przecież kwintesencją tej elity, otoczony oligarchami finansującymi mu kampanię i dającymi dostęp do mediów. Prabowo powtarza że kraj, wykorzystywany przez obcych, jest w niebezpieczeństwie, potrzebuje więc silnego człowieka na ratunek. Potrafi jednocześnie grać umiejętnie na nostalgii za czasami Suharto. Przychodzi mu to o tyle łatwiej, że żadna z ówczesnych zbrodni nie została rozliczona, nawet mord w 1965 roku na 500 tysięcach ludzi podejrzewanych o komunistyczne sympatie. Jedna trzecia ludności ma dziś mniej niż 15 lat i nie zna tamtych czasów, a część starszych woli pamiętać, że żyło się wtedy spokojniej, bez ekstremizmu religijnego, a cynizm codziennej polityki i korupcja, przy braku wolnych mediów, nie kłuły tak w oczy jak dziś.

Prabowo nie oszczędza też swojego rywala w wyborach, zarzucając mu polityczną naiwność i brak doświadczenia. Spoty wyborcze podkreślają różnicę klas obu konkurentów, z których tylko jeden ma mieć prezydencki format. Istotnie, nie każdemu leży zapewne styl Jokowi, który lubi nosić się nieformalnie i powtarza wyborcom, że jest „normalnym facetem”.Ta część elektoratu może wybrać majestat w postaci generała w białym stroju na gniadym wierzchowcu.

Ale to nie polityczny makijaż przesądził chyba o utracie popularności Jokowi w końcówce kampanii. Swoje zrobiły raczej plotki, podchwycone przez tabloidy, że Jokowi kamufluje swoją tożsamość i tak na prawdę nie pochodzi z muzułmańskiej tylko z chrześcijańskiej rodziny, a na dodatek jest pół-chińczykiem.

Hałaśliwa mniejszość

Jedność w różnorodności” tak brzmi narodowe motto Indonezji. Konstytucja gwarantuje wolność religijną, ale tylko w obrębie sześciu wyznań: islamu, protestantyzmu, katolicyzmu, hinduizmu, buddyzmu i konfucjanizmu. Biorąc pod uwagę, że 88 procent z 250 milionów mieszkańców Indonezji stanowią muzułmanie, ustrój polityczny kraju, zwłaszcza na tle innych państw islamskich, jest tolerancyjny. Większość Indonezyjczyków ma umiarkowane poglądy religijne, a główne siły polityczne, przy wszystkich swoich wadach, mają sekularystyczny charakter. Partie islamskie dostają w wyborach łącznie około 20 głosów.

Bycie chrześcijaninem nie powinno więc stanowić powodu do tłumaczenia się. A jednak Jokowi chodził po szkołach islamskich pokazując zdjęcia z pielgrzymek do Mekki i powtarzał, że jest muzułmaninem z dziada pradziada. Wiedział że kłamstwa na temat wyznania mogą zaszkodzić mu w kampanii wyborczej. O ile bowiem w ostatnich latach spadło zagrożenie terrorem islamskim w Indonezji, o tyle notuje się tam coraz więcej przykładów braku tolerancji religijnej. Prym wiodą niewielkie, ale hałaśliwe organizacje fundamentalistyczne, z których najważniejszą jest Front Obrony Islamu (FOI). Odwołują się one do agresywnej retoryki, szantażu religijnego, zastraszania i fizycznej przemocy, potrafią narzucić wolę umiarkowanej większości.

Reżym Suharto trzymał fundamentalistów pod kontrolą. Po 1998 roku, korzystając ze swobód demokratycznych, mogą oni otwarcie już głosić swoje poglądy. Skorzystali też na decentralizacji kraju. W kilkudziesięciu dystryktach i prowincjach, udało im się wprowadzić do lokalnego prawodawstwa elementy szariatu. Chodzi zwykle o zakaz sprzedaży alkoholu, uprawiania prostytucji i homoseksualizmu, o ubiór kobiet, zamyka się też salony piękności i bary nocne. Zakazy te stoją często w sprzeczności z prawem wyższego rzędu, ale Trybunał Konstytucyjny może jedynie wydać opinię o ich zgodności z ustawą zasadniczą. Prezydent jest władny mocą dekretu cofnąć lokalne akty prawne, ale czyni to niezwykle rzadko.

Problem sięga jednak dalej. Bezkarnie na ogół uchodzi fundamentalistom przemoc fizyczna, także ze skutkiem śmiertelnym, wobec innowierców i mniejszości szyickiej. Rośnie liczba incydentów palenia kościołów chrześcijańskich i zrywania nabożeństw. A ponieważ konstytucja narzuca niejako obywatelowi Indonezji wiarę w boga, ateizm jest tematem tabu- przyznanie się do niego grozi pobiciem. W 2012 roku odnotowano w całym kraju 170 przypadków, gdy rodzina porzucić musiała, z powodów religijnych lub etnicznych, miejsce zamieszkania.

Nawet jeśli uznać te przykłady za margines w 250 milionowym kraju, to okazuje się, że garstka fanatyków potrafi również skutecznie wpływać na władze i główny nurt społeczeństwa. Dwa lata temu członkowie FOI wymusili odwołanie koncertu Lady Gagi w Dżakarcie mimo wyprzedanych biletów. Mówili że osoba promująca „szatańską wiarę” nie ma wstępu do Indonezji grożąc, że wedrą się na pas startowy by uniemożliwić jej opuszczenie samolotu.

Ekscesy te mają miejsce w społeczeństwie, które w swoim zrębie i tak jest już konserwatywne. 70 procent Indonezyjczyków uważa homoseksualizm za „głęboko niemoralny”, a umiarkowany Jokowi chce w szkołach podstawowych uczyć dzieci więcej dyscypliny i „kształtowania charakteru”, kosztem przedmiotów ścisłych i języka angielskiego. Ustępowanie radykalnej mniejszości przesuwa więc centrum debaty dalej na prawo. Gdy fundamentaliści zażądali w zeszłym roku odwołania konkursu Miss World na Bali, stanął kompromis, że kandydatki zamiast strojów kąpielowych nosić będą tradycyjne sarongi, i to mimo, że po plażach Bali przechadzają się codziennie tłumy kobiet w bikini, a w Dżakarcie nie dziwi nikogo widok dziewcząt w mini spódniczkach.

Kończący swoje dwie kadencje prezydent Yudhoyono nie potrafił albo nie chciał przeciwstawić się rosnącej nietolerancji. Antagonizowanie fundamentalistów może się już dziś politycznie nie opłacać. Nie jest też tajemnicą, że FOI ma oparcie w części aparatu państwowego. W WikiLeaks można było przeczytać, że służby specjalne sponsorują tę organizację, by wywierać wpływ na polityczny establishment. Formalnie FOI chce Szariatu w całym kraju, w praktyce jednak kieruje się często mafijnym pragmatyzmem, pobierając swoją działkę od domów publicznych czy salonów piękności.

Indonezja idzie po swoje

Żaden z dwóch prezydenckich kandydatów nie zmieni protekcjonistycznych nastrojów dominujących ostatnio w Indonezji. Generał Prabowowo może być bardziej bombastyczny w swojej retoryce, powtarzając o kraju ograbianym z surowców i miliardach dolarów „wyciekających” za granicę, ale Jokowi też opowiada się za ochroną własnego rynku.

W latach 2013 - 2014 uchwalono nowe, restrykcyjne wobec zagranicy, prawo przemysłowe i handlowe. „Indonezja nie przyjmuje całkowicie zasad wolnego handlu. (..) Szukamy równowagi między efektywnością rynku, a ochroną lokalnych interesów” mówił wiceminister handlu Bayu Krisnamurthi. W praktyce oznacza to, że państwo blokować może import i eksport wybranych towarów kierując się narodowym interesem.

Surowce naturalne będą mogły być eksportowane tylko po ich uprzedniej rafinacji na miejscu, co nadać ma wymianie handlowej większą wartość. Kłopot w tym, że w pobliżu kopalni będą musiały powstać wtedy huty, na co mniejszych firm nie stać. Jednocześnie zagranicznym inwestorom ograniczono okres eksploatacji rodzimych złóż do 10 lat, potem przejść muszą w ręce Indonezji. Restrykcje objęły też handel żywnością i obce inwestycje w sektor bankowy.
Nie trudno zgadnąć, że partnerzy handlowi Indonezji jaki i międzynarodowe koncerny wydobywcze, nie byli zachwyceni nową polityką Dżakarty. Agencja Standard and Poor's pisała w raporcie o „obsunięciu ” (ang. slippage) w polityce gospodarczej kraju, krytykując wprost protekcjonizm. Przy słabszej koniunkturze na świecie, a teraz w klimacie niepewności inwestycyjnej, pogorszył się bilans płatniczy, wartość tracić zaczęła indonezyjska waluta, ustały niemal poszukiwania nowych złóż surowców.

Polityka rządu nie jest zapewne całkiem pozbawiona sensu, pod warunkiem jednak, że oparta zostanie na przemyślanej strategii uczynienia gospodarki bardziej konkurencyjną. Indonezja jest w światowej czołówce producentów: oleju palmowego, węgla, złota, miedzi, boksytów, niklu i innych metali. Eksploatacją złóż zajmują się jednak często obce koncerny. A ponieważ gospodarka, napędzana eksportem surowców i konsumpcją, rosła w ostatniej dekadzie średnio o 5,5 procent rocznie, dało to Indonezyjczykom więcej asertywności wobec zagranicy. Pamięć o kolonialiźmie, ale też zachowanie polityków i rodzimych, niekoniecznie efektywnych, koncernów, to poczucie wzmacniają. Indonezji daleko wciąż do zamożności. 100 milionów ludzi żyje tu poniżej 2 dolarów na dzień, boleśnie brakuje zwłaszcza nowoczesnej infrastruktury. Prognozy są jednak obiecujące i działają na wyobraźnię. Firma McKinsey szacuje, że w 2030 roku Indonezja będzie siódmą gospodarką na świecie, wyżej niż Niemcy i Wielka Brytania. I nawet jeśli agencje ratingowe krytykują dziś rząd w Dżakarcie, to inwestycje zagraniczne w Indonezji rosną o kilkadziesiąt procent rocznie. Pokusie 250 milionowego rynku, taniej siły roboczej i bogatym złożom surowców tudno się oprzeć.

Strategia protekcjonizmu i wzrostu opartego o eksport surowców, które kiedyś ulegną wyczerpaniu, niesie ze sobą zagrożenia. Łatwe pieniądze rozleniwiają i zamiast iść na rozwój nowych technologii, budowę dróg czy kanalizacji, zostać mogą w rękach rodzimych oligarchów żyjących w symbiozie z władzą.

Wszystkie te i wiele innych problemów czekają już na kolejnego prezydenta. Warto przyglądać się jak pokieruje on 250 milionowym krajem, próbującym, raz lepiej raz gorzej, godzić demokrację z islamem i nowoczesną gospodarką.

poniedziałek, 7 lipca 2014

Typhoon

The strongest typhoon in many years is approaching Japan's Okinawa and Kyushu. Scary...

http://earth.nullschool.net/#current/wind/surface/level/orthographic=-231.59,29.25,2048

czwartek, 3 lipca 2014

Korea ferry sinking


Mój tekst:
http://tygodnik.onet.pl/swiat/koreanczycy-zwatpili-w-panstwo/hrxmy

A tu jeszcze z Korea Times dzisiejszy art. o różnych zaniedbanaich, które wychodzą na jaw- działą komisja parlamentarna.

http://www.koreatimes.co.kr/www/news/opinon/2014/07/202_160359.html

Tajlandia "Bunt elit"

http://tygodnik.onet.pl/swiat/bunt-elit/gwjv7