wtorek, 20 października 2015

Przed wyborami

 Ponieważ dużo częściej jestem teraz w Polsce, pozwalam sobie na komentarz przedwyborczy.

Od ilu to już lat słychać było, że PiS jest partią schodzącą, że wraz z zakorzenianiem się w UE i modernizacją, taka „moherowa” formacja straci racje bytu. Dziś jak wiemy pytanie jest tylko jedno: czy PiS po wygranych wyborach weźmie większość, czy mu parę głosów do tej większości zabraknie. Wg. sondaży nawet 40% ludzi chce glosować na „średniowiecze”. Gdyby partia ta liczyć mogła na traktowanie fair w mediach publicznych (w czasie kampanii prezydenckiej Palikot miał wielokrotnie większą obecność na antenie niż Duda), to poparcie mogłoby być wyższe.

Ostrzeżenia przed grożącą Polsce, ze strony Kaczyńskiego, Dudy i Szydło, „putinizacją” czy „faszyzacją” uważam za niepoważne i złe: psują język debaty publicznej, psują demokrację. Bardziej niż dyktatury obawiałbym się politycznej szarpaniny i idącej za tym indolencji wynikających ze swoistego trójpodziału władzy.

Szczerze mówiąc, Polska, przy zachowaniu lokalnej specyfiki, bardziej przypomina mi dziś niektóre kraje Azji jak Tajlandia czy Tajwan. W pierwszym przypadku wojsko, z poparciem elit Bangkoku, systematycznie, za pomocą przewrotu wojskowego, kasuje demokratyczny wynik wyborczy większości społeczeństwa (rzekomo dla jego dobra, bo ulega populizmowi). Na Tajwanie chodzi raczej o postkolonialna elitę chińską, wywodzącą się z dyktatury Kuomintangu, grożącą ze rządy miejscowych wywołają chaos, wojnę z Chinami itd. W jednym i drugim przypadku establishment drży raczej, by na skutek aktu wyborczego, nie oddać lub nie podzielić się władza.

Jaka jest jednak alternatywa dla PiS? Postulowany tu i owdzie kordon sanitarny, czyli wszyscy kontra PiS. Zlepek, pod wodzą PO, nowych (programowo sprzecznych) i starych formacji przeciw... połowie elektoratu. Spoiwem, jak rozumiem, miałaby być owa groźba faszyzmu. Powodzenia! W następnych wyborach PiS weźmie połowę głosów.

A przecież rodzaj anty-pisowskiego kordonu sanitarnego w establishmencie od lat już istnieje. Z takim skutkiem, ze nawet w tych post-politycznych czasach PO jest partią całkiem wypłukaną z ideologii: możecie robić co chcecie (albo nie robić nic), wszystko da się usprawiedliwić, zamieść pod dywan, byle tylko tamci nie doszli do władzy. W Korei Południowej po katastrofie promu i śmierci wielu pasażerów do dymisji podał się premier. W Polsce po Smoleńsku-nikt. Tusk gotów był przygarniać do partii kogo się da, byle tylko (najlepiej z neoficką emocją) wystąpił przeciw PiS.Co ciekawe, te transfery do PO nie wynikały na ogól z powodów programowych, tylko z urazów osobistych do szefa PiS. Próg obrzydzenia każdy ma zapewne gdzie indziej. Przyznam jednak, ze forsowanie przez PO pewnych osób, fakt że znajduję ich w gronie zaufanych ludzi szefowej rządu, jest dla mnie po prostu obraźliwe.  

Mozna bić przeciwnikiem PiS. Różnice są istotą demokracji. Niekoniecznie jest nią jednak ciągłe demonizowanie przeciwnika, ten, dosłownie i w przenośni, kordon sanitarny wokół... polowy społeczeństwa. Czy nie lepiej, różniąc się poglądami, próbować jednak traktować PiS jak normalną partie polityczną? Patrzeć jej na ręce, rozliczać z niespełnionych obietnic, ale nie stygmatyzować jako osobny „od normalności” gatunek? I bić na alarm dopiero wtedy, gdy pojawią się rzeczywiste przesłanki, że PiS zaprowadzić chce „aksamitny autorytaryzm”?

Po 25X oczekuję i rozliczał będę nową władzę przede wszystkim z następujących rzeczy:

1. Czy przedstawi i zacznie realizować sensowny plan wyrwania Polski z tzw. pułapki średniego dochodu. Mieści się w tym wydawanie unijnych pieniędzy na cele pro-rozwojowe, nowoczesne technologie itp. W gruncie rzeczy wszystko sprowadza się do tego, by zwykły Polak-szarak dostrzegł szanse na lepsze, godniejsze życie w kraju.  
2. Czy państwo stanie się przyjazne dla obywatela, w tym sensie, ze to ono przez swoje organy i urzędników ma służyć obywatelowi, a nie czynić go podwładnym. każdy kto mieszkał w krajach rozwiniętych bez trudu rozumie na czym ta różnica polega.

3.Odpartyjnienie mediów publicznych. To ideał, trudny do osiągnięcia, zawsze może być jednak lepiej lub gorzej. Funkcjonariusze-dziennikarze medialni, sprzyjający otwarcie jednej opcji politycznej, powinni odejść. Rzecz w tym by wahadło nie odbiło w druga stronę i na ich miejsce nie pojawili się funkcjonariusze obozu przeciwnego. Jeśli ktoś ewidentnie kojarzony z jedną stroną sporu politycznego jest dobrym dziennikarzem, bez trudu powinien znaleźć miejsce w mediach prywatnych, którym wolno więcej.

4.Najtrudniejsze. Wiemy, czujemy to, ze pewien okres, pewien porządek w Europie i na świecie się kończy. W ostatnich kilku latach podważone zostały aksjomaty, którymi kierowała się polska polityka po 89 roku. Unia Europejska nie jest już tą samą organizacją do której wstępowaliśmy i zapewne będzie jeszcze zupełnie czymś innym za lat dziesięć. Demokracja jako rodzaj dziejowego spełnienia („koniec historii”) nie jest już tak bezdyskusyjną formą rządów jak 25 lat temu. Obecność w NATO jest cenna, ale nie czujemy się (do końca) bezpieczni. Do tego konflikty wojenne blisko naszych granic, uchodźcy, i wiele innych problemów. Idą ciekawe i bardzo trudne czasy. Nie wiem czy PiS będzie umiało odnaleźć się w tej sytuacji i poprowadzić kraj zapewniając mu bezpieczny rozwój. Jestem jednak niemal pewien, że są to zadania przekraczające możliwości PO pod kierunkiem premier Kopacz.

środa, 7 października 2015

Premiera Kopacz o atomie.

Premiera Kopacz o atomie.
Trochę z opóźnieniem, ale nie miałem nawet czasu by usiąść i napisać tę notkę.

Koniec stycznia 2013 (pamiętam doskonale, bo decyzja rządowa zbiegła się z premierą mojej książki o Fukushimie) -Tusk niespodziewanie podejmuje decyzje o budowie elektrowni atomowych do 2020 roku, koszt 40-60 mld zł. Już wtedy wyglądalo mi to na polityczny PR (rząd chciał pokazać, że coś robi z energetyką, Orban zdecydował akurat o budowie atomówek na Wegrzech), typowa wrzutka, a potem się zobaczy...
Stosowny urząd jednak powołano, na wstępne przygotwania (w tym na „atomowe” pensje kierownictwa) poszło jak czytam kilkaset mln. złotych. Teraz zaś premier polskiego rządu mówi: „W przeciwieństwie do moich konkurentów politycznych, nie mam w tyle głowy planu budowy elektrowni atomowych”
HELLOU... że jak?!
Czyli albo Tusk jest tym konkurentem politycznym albo, co prawie pewne, mamy dowód na bajzel w rządzie. Idzie przecież o jedną z ważniejszych dziedzin (energetyka) nawet nie dla funkcjonowania, co istnienia państwa.

Czytam również, że Pichocinski chce jednak budować reaktory, a przecież calkiem niedawno ważni ludzie z PSL byli przeciw, stawiali na OZE.
Mogę się nie zgadzać z Kaczynskim zachwalającym bezpieczeństwo atomowek, ale trzeba oddac PiS, że trzyma się jednego: niech naród (referendum) decyduje o budowie elektrowni jądrowych.

A tyle kasy poszlo na urabianie opinii publicznej o zaletach atomu. Zabawa za miliony państwowych/naszych pieniędzy.

Jeśli moge mieć jakąś osobistą satysfakcję, to premier w swojej wypowiedzi powołała się też na Fukushimę (było coś o katastrofie i jej konsekwencjach). Nie ma chyba na polskim rynku innej książki o Fukushimie poza moją. Wysłałem kilkadziesiąt egzemplarzy do polityków. Jeśli nie bezpośrednio do samej premier, to może dostał ją ktoś z bliskich współpracowników i....wplynął na szefową. Może.