wtorek, 22 grudnia 2015

Najkrócej

Mógłbym długo, będzie krótko. Moim zdaniem, kto chce w istotnym stopniu zrozumieć obecny konflikt polityczny w Polsce, powinien przyjrzeć się temu, co od lat dzieje się w Tajlandii. (Wspomniałem o tym w poście przed wyborami.)

Być może źle odczytuję sytuację, być może będę tego kiedyś żałował, ale uważam, że to Kaczyński i PiS bardziej przysługują się dziś polskiej demokracji niż strona przeciwna. Choć dla mnie i tak głównym motywem poparcia dla tej partii jest jej program gospodarczo-społeczny oraz obecność w rządzie takich osób jak Mateusz Morawiecki.

piątek, 4 grudnia 2015

O uchodźcach z ukosa.

Z ukosa czyli z japońskiej perspektywy. Miałem pisać o tym wcześniej, teraz czuję się ponaglony przez okoliczności: kilka dni temu w całej Japonii odbyły się demonstracje za i przeciw przyjmowaniu uchodźców. W sumie nic znaczącego: zebrało się w każdym przypadku po kilkadziesiąt osób.

Warto jednak zwrócić uwagę, zwłaszcza w świetle obecnej sytuacji w Europie, na japońskie podejście do azylantów i szerzej imigracji. Stosując kryteria (części) europejskich elit, Japonia musi być jednym z bardziej ksenofobicznych krajów na świecie. Uchodźców się tu po prostu (niemal) nie przyjmuje. W ostatnich dwóch latach, z rekordowej liczby kilku tysięcy wniosków o azyl, zaakceptowano tylko jedenaście.

Zupełnie inaczej niż w Europie wyglądała też polityka imigracyjna Japonii po wojnie. W czasie boomu gospodarczego Niemcy czy Francja sprowadzały robotników m.in. z krajów islamskich, pozwalając im osiedlić się na stałe. Japończycy otwierali drzwi dużo powściągliwiej, a jeśli już to pozwalali wjechać np. Irańczykom bez wiz pracowniczych, wiedząc doskonale, że będą oni pracować na czarno, a tym samym da się ich łatwo potem „zachęcić” do powrotu. Na stały pobyt zaproszono natomiast potomków japońskich emigrantów z Ameryki Południowej. Drugie, trzecie pokolenie tych ludzi, z Peru albo Brazylii, zwykle bez znajomości języka, przyjeżdżało pracować w fabrykach Toyoty czy Mitsubishi. Z asymilacją było i jest różnie, w miejscowościach takich jak Hamamatsu potworzyły się brazylijskie getta, są problemy wychowawcze z młodzieżą, część nie chodzi do szkoły. Kiedy w 2008 roku nastąpił krach w gospodarce światowej i spadły zamówienia w japońskich fabrykach, władze Japonii zaproponowały swoim krewniakom z Ameryki Południowej gotówkę pod warunkiem, że opuszczą Japonię i już nie wrócą.

Ostatnio mówi się zaś dużo o sprowadzaniu z Filipin i Indonezji pielęgniarek do opieki nad starzejącym się społeczeństwem. Warunki ustawiono jednak tak, że kobiety te, zatrudniane od razu po przyjeździe (rodzaj stażu, słabsze pieniądze), mają 2-3 lata by zdać stosowny egzamin zawodowy, całkowicie po japońsku. W pierwszym podejściu udało się to bodaj tylko jednej dziewczynie. Test, poza wiedzą medyczną, zawierał tak trudne kanji (japońskie litery), że nawet rodowity Japończyk nie potrafił ich odczytać. Protestowano, przepisy miały zostać złagodzone, ale faktem jest, że większość z pierwszej fali opiekunek odesłano do domu.

Tak z grubsza wygląda, dość bezwzględny, świat polityki imigracyjnej w Japonii. Podaję te przykłady nie po to, żeby chwalić Japonię, ale dlatego, że jej podejście do imigracji jest niemal dokładnym przeciwieństwa modelu, który przyjęła Europa Zachodnia. Do Japonii ideologia multikulturalizmu nigdy nie dotarła. Dla przeciętnego Japończyka stwierdzenie: jest pan ksenofobem nic nie znaczy. Poczucie odrębności kulturowej i wynikających stąd konsekwencji, są za to czymś naturalnym: obcy, zwłaszcza w dużych ilościach i w dłuższym okresie czasu narusza harmonię społeczną, a ta jest najważniejsza.
Wyobrażam sobie zdziwienie Japończyków, gdy dowiedzieli się, że reakcją bodaj premiera Camerona na zdjęcie utopionego 3-letniego chłopczyka u wybrzeży Turcji, była zgoda na większą ilość uchodźców w Wielkie Brytanii. Niejedna japońska gospodyni domowa, jestem pewien, widząc te zdjęcia szczerze uroniła łzę, w żaden sposób jednak wydarzenie to nie łączy się w jej umyśle z polityką imigracyjną. To są dwa różne światy, dwie nieprzecinające się linie. Jeśli zatem tak reaguje zwykły Japończyk, to co dopiero konserwatywny establishment tego kraju. Tokio, mimo okresowej krytyki, załatwia takie sprawy na ogół wyciągając gotówkę, by pomóc na miejscu.

Czy znaczy to, że Japończycy to oszaleli rasiści broniący się przed wszystkim co obce? Nic z tych rzeczy, to najmilszy, najdelikatniejszy naród na świecie, o czym przekonują się rekordowe ostatnio liczby zagranicznych turystów nawiedzających Kraj Kwitnącej Wiśni. Niewiele ma to jednak wspólnego z liberalną polityką imigracyjną. Dotyczy to również -niestety- tych naprawdę potrzebujących schronienia od prześladowań z bliskiej kulturowo Azji Wschodniej.

Japończycy obserwują oczywiście kryzys uchodźców w Europie, który, jak nietrudno zgadnąć, nie nastawi ich przychylniej do imigracji. Moją uwagę zwróciły jednak komentarze obcokrajowców mieszkających w Japonii, chodzi o anglojęzyczne fora internetowe, a więc w większości zapewne o Anglosasów. Zwykle, aż do przesady, krytykują oni różne aspekty życia w Japonii: politykę, gospodarkę, stosunki męsko-damskie. Teraz zdecydowana większość z nich przeciwna jest przyjmowaniu uchodźców do Japonii. Mówią o japońskiej odrębności, o braku tolerancji i doświadczenia w obchodzeniu się z wyznawcami islamu, o terroryzmie i błędach które popełniły ich kraje w polityce imigracyjnej.

Przewija się jednak jeszcze jedna rzecz, nawet jeśli nie zawsze wyrażona wprost. Większość tych ludzi, z USA, Kanady czy UK, wyrosło w społeczeństwach wieloetnicznych, z ich różnorodnością, z fascynującymi, ale i będącymi źródłem problemów, napięciami kulturowymi. W Japonii pierwszy raz zetknęli się ze zjawiskiem przeciwnym- ze wspólnotą homogeniczną kulturowo. Część z nich docenia walory tego życia, nawet jeśli sami funkcjonują na obrzeżach społeczeństwa. Życie w Japonii jest może kulturowo monotematyczne, ale mimo egzotyki, po rozpoznaniu kodu kulturowego staje się też łatwiejsze, w jakimś sensie bezpieczniejsze, poprzez powszechnie i naturalnie przyjmowane normy zachowań, przez przewidywalność reakcji. Gwałtowne zmiany technologiczne odbywają się tu w jednorodnej tkance społecznej, dając poczucie stabilności, „bycia u siebie”.

Multikulturalizm Europy Zachodniej i Japonia: dwa przeciwległe bieguny. Wyobrażam sobie fascynującą dyskusję o zderzeniu atawistycznych czy plemiennych odruchów z ideologią, roztrząsanie odmiennie pojmowanej, tu i tam, moralności. O ile jednak w Japonii istnieje dość szeroki konsensus, że różnice kulturowe istnieją, że są kultury bliższe i dalsze, że asymilacja stanowi problem dla obydwu stron: kraju przyjmującego i imigrantów, o tyle w Europie Zachodniej, na skutek przyjętej narracji, całe połacie tej problematyki zostały wyłączone z oficjalnego dyskursu. Ludzie boją się mówić, może nawet myśleć krytycznie o imigracji i przybyszach z innych krajów. Jednak zepchnięte, czasem nawet do podświadomości, problemy istnieją i nabrzmiewają.

Czytam felieton, niezwykle poprawny, Pankaj Mishry na stronie Bloomberga- miejsce poważne i dalekie od wszelkich skrajności. Komentarze internautów są w większości krytyczne wobec multikulturalizmu i ostatniej polityki imigracyjnej. To samo spotykam w prasie niemieckiego środka np. w Die Welt.

Polska, w przeciwieństwie do Europy Zachodniej, ma tę luksusową sytuację, że może kształtować politykę imigracyjną unikając błędów, które popełniono tam. Nie ma absolutnie nic złego w stwierdzeniu, że Ukrainiec czy Białorusin łatwiej zasymiluje się u nas, niż przybysz z Maroka czy Syrii, że łatwiej w Polsce będzie chrześcijaninowi z Bliskiego Wschodu niż ortodoksyjnemu wyznawcy islamu. Tak samo nie powinno być złamaniem tabu stwierdzenie, że skoro postchrześcijańska Europa Zachodnia ma problemy z muzułmanami, to tym bardziej zrozumienia wymagają obawy wciąż chrześcijańskiej Polski. Ludzie mają prawo się bać, gdy na terenie ich parafii wyrosną meczety.

Jasne że po takim wyłożeniu problemu, usłyszymy znowu o polskiej ksenofobii, plemienności i o niedorozwoju świadomości europejskiej. Japonia też, rytualnie, słyszy od różnych szacownych gremiów upomnienia o konieczności większego otwarcia na obcych. Jednak wizerunkowi Japonii na świecie to jakoś nie przeszkadza. W zeszłym roku, w rankingu krajów o najsilniejszej marce, czyli uznaniu ( tzw. Country Brand Index, http://www.futurebrand.com/cbi/2014 ), Japonia zajęła pierwsze miejsce bijąc wszystkie potęgi Zachodu, w tym Skandynawię uchodzącą za najszczęśliwszą i najlepszą do życia. Co ten świat widzi w Japonii, mimo problemów gospodarczych, Fukushimy i last but not least tak „wąskich horyzontów” ?

Uczone głosy instruują nas ostatnio, że homogeniczność narodu prowadzi do jego uwiądu, zaniku kreatywności. Niech będzie. Wciąż jednak niemal każdemu krajowi na świecie życzyłbym tylu patentów rejestrowanych co roku, czy nawet noblistów w naukach ścisłych, ilu ma Japonia.