środa, 27 stycznia 2016

Wybór

Pytają mnie Japończycy co się dzieje w Polsce i co ja o tym sądzę. Odpowiadam, że na dziś, w pięćdziesięciu procentach wynik wyborczy budzi moją nadzieję, w trzydziestu obawy, a w pozostałych dwudziestu zaistniała sytuacja po prostu mnie śmieszy.
Zacznę od końca. Biorąc pod uwagę, że w Polsce zachodzą obecnie głębokie zmiany, niektórzy mówią o rewolucji, to obawa że sytuacja może wymknąć się spod kontroli, wobec choćby rozbudzonych emocji społecznych oraz różnych nacisków wewnętrznych i zewnętrznych, nie jest całkiem bezpodstawna. Jednocześnie trudno utrzymać powagę, widząc jak demokracja sprawiła figla niektórym osobom żyjącym do niedawna w przekonaniu, że poprzedni porządek trwał będzie wiecznie, a oni tylko dlatego zdecydowali się w niego zainwestować. Nie neguję oczywiście szczerości poglądów tych innych, których sytuacja w Polsce autentycznie niepokoi, a nawet przeraża.

Dlaczego ja jednak zdecydowałem się poprzeć tę zmianę? Agnieszka Holland w czasie demonstracji KOD mówiła, że chce powrotu do stanu sprzed wyborów: „żeby było tak jak było”. Ja bym nie chciał. A swój sprzeciw, mówiąc najlapidarniej, opieram na kontrze do hasła, którym posługują się entuzjaści III RP, że minione ćwierćwiecze było najlepszym okresem dla Polski w ostatnich 300 albo 400 latach. W noworocznym wywiadzie z D. Tuskiem, przeczytałem wręcz o „najlepszym okresie w dziejach”. I fraza ta nie służy tylko jako ozdobnik dyskusji, opinia rzucana an passant. Nie, pełni ona rolę pointy zamykającej każdą dyskusję o współczesnej Polsce: problemy może i są (kto ich nie ma?), ale i tak żyjemy w najlepszej Polsce od stuleci! Opinia jest subiektywna, nie podlega więc falsyfikacji i można ją do woli powtarzać- efekt tym większy, gdy wzmocniony głosem autorytetów. Mnie osobiście ta metoda polemiczna irytuje, a jej propagatorom zarzucam arogancję, ignorancję oraz coś jeszcze gorszego, o czym napiszę na końcu.

Bo jeśli już, to dlaczego III a nie II RP? Osiągnięcia tamtej są w końcu niebłahe: udało się pozszywać kraj po rozbiorach, pokonać ZSRR, wybudować Gdynię (bez dotacji z UE;) i zrobić wiele innych cennych rzeczy. Owszem, po 1926 roku trudno uznać Polskę za kraj demokratyczny, ale na tle ówczesnej Europy nie było to niczym szczególnym, a mimo to wciąż dużo lepszym niż komunizm czy faszyzm naszych sąsiadów. Cieniem na II RP kładzie się wrzesień 39 roku. A gdybyśmy zatrzymali analizę na roku 1938, czy byłaby to najlepsza Polska w dziejach?

Chodzi właśnie o tę perspektywę historyczną oraz o rzetelność i zwykły rozsądek, który podpowiada, że do wydawania tak kategorycznych opinii potrzeba dystansu. Za 50 lat będzie z pewnością łatwiej ocenić ostatnie ćwierćwiecze. Dostrzeżemy procesy, które zachodzą, a których nie jesteśmy jeszcze świadomi. Z drugiej strony, czy jeśli za rok (odpukać!) staniemy wobec konfliktu zbrojnego i go sromotnie przegramy, to czy wciąż III RP będzie tą najlepszą Polską w dziejach, nawet jeśli klęska wynikła z naszych zaniedbań w uzbrojeniu?
Na podobnej zasadzie można zapytać: czy połowa lat 70-tych była najlepszym okresem PRL? A czy z perspektywy 1979 roku, okres gierkowski nie prezentuje się już inaczej, bo jasne stało się, że ówczesny „dobrobyt” budowano na miękkich podstawach, w istocie z zagranicznych kredytów?

Jakie są zatem fundamenty III RP ?

Jak rozumiem „dziejowość” jej sukcesu opierać się ma na trzech filarach: bezpieczeństwo, demokracja i rozwój gospodarczy. Nie mam takiej wiedzy, ale ciekaw jestem czy inne kraje naszego regionu też (przy ich lokalnej specyfice) przyjęły podobną narrację. Czy np. na Słowacji albo w Estonii również tak opisuje się minione 25 lat? Znam jednak kilka krajów, które, stosując te same kryteria, osiągnęły sukces bez porównania większy niż Polska. Choćby bliska mi Japonia. Po katastrofie wojennej, po Hiroszimie i Nagasaki, Japonia stała się demokracją i mając pacyfistyczną konstytucję doświadczyła realnego cudu gospodarczego. Realnego, bo zbudowanego na solidnych fundamentach: na przemyśle, nowych technologiach itd. Symbolem niech będzie tokijska olimpiada w 1964 roku. Można rok ten uznać za zakończenie okresu powojennego: kraj odbudowano ze zniszczeń, gospodarka rosła 10% rocznie, Japonia pokazała światu nową, nowoczesną twarz. Z okazji igrzysk na tory wyruszył pierwszy na świecie superekspres Hikari, łączący Tokio z Osaką. Miną lata zanim Francuzi, a potem Niemcy zaprezentują podobną technologię. Nie chcę być złośliwy, ale paralele nasuwają się same: na ćwierćwiecze III RP, po bólach i trudach z układaniem trakcji, wjechał na na nie „polski” superekspres Pendolino- kupiona na kredyt, obca technologia.

W Japonii, ani wtedy w latach 60-tych, ani później nie mówiło się o dziejowym sukcesie. Po pierwsze dlatego, że z japońskiej perspektywy, gdzie świadomość historyczna wyrasta z tysięcy lat cywilizacji, takie bieżące uogólnienia brzmią infantylnie i impertynencko. Co ważniejsze jednak, o ile Japończycy mieli uzasadnione prawo do satysfakcji z osiągnięć po 45 roku, to oficjalna narracja, nie tyle ten sukces pomniejszała, co sytuowała go w stosownej sekwencji: to co udało się zbudować jest wciąż kruche, potrzeba zdwojonego wysiłku i mobilizacji by rozwijać się dalej, by gonić (przegonić?) bogate państwa Zachodu. Podobną narrację odnajdziemy w Korei Południowej czy w Singapurze. Singapur, mający dziś dochód na jednego mieszkańca wyższy niż USA, budzi na świecie podziw. Wystarczy posłuchać jednak co mówił swoim obywatelom twórca tego sukcesu Lee Kuan Yew. Do końca swoich dni (zmarł rok temu) po rytualnym pokwitowaniu przebytej drogi, zajmował się właściwie jednym: wybijaniem Singapurczyków z poczucia komfortu, studzeniem nadmiernej satysfakcji, przede wszystkim zaś wskazywaniem zagrożeń. LKY był darwinistą, powtarzał bez końca, że kto nie potrafi się zmienić, dostosować do nowych okoliczności, ten zginie, Singapur też.
Różnica w rozłożeniu akcentów narracji, tam i u nas, oddaje jak sądzę istotę rzeczy. Przy czym nam, do ich poziomu rozwoju, wciąż bardzo daleko.
Mogłoby się wydawać, że wynik wyborczy w 2015 roku, kiedy pierwszy raz w wolnej Polsce partia otwarcie kwestionująca przyjęty model rozwoju zdobywa absolutną większość, da entuzjastom III RP do myślenia. Tym bardziej, że silną pozycję zdobyły również ugrupowania otwarcie antysystemowe, z Kukizem na czele. Takiej analizy nie ma, być może dlatego, że wymagałoby to podważenia hołdowanej dotąd narracji. Chyba że rolę taką pełni opinia, wykwit intelektu pewnego profesora, jakoby Polakom się po prostu „znudziło” w dobrobycie. Zapragnęli więc dreszczowca.

Skądinąd emigracja kilku milionów energiczniejszych obywateli, też chyba jest czegoś symptomem. Timothy Garton Ash pisał niedawno w Guardianie o „krwotoku” (ang. hemorrhage) opisując to zjawisko. Świadomie przytaczam tego autora, bo ma on pojęcie o Polsce i jest daleko od prawicy. Czy zdrowy organizm cierpi na chroniczny krwotok? Emigracja ekonomiczna jest zjawiskiem powszechnym. Zdarzają się też fale powrotów, ale tylko wtedy, gdy w ojczyźnie, zwykłemu obywatelowi, zwykła praca, daje perspektywę na poprawę losu. Kiedyś do swoich krajów wracali Hiszpanie, Włosi, Grecy. W Polsce nic takiego nie zaobserwowano.

Powtarzany od lat slogan o „najlepszej Polsce od stuleci” nie podlega naukowej weryfikacji, jednak dla jego uwiarygodnienia używa się często statystyki. Wizytówką rządów Tuska miał być wysoki, nieprzerwany wzrost gospodarczy, w okresie gdy inne kraje europejskie przechodziły głęboki kryzys. Pomińmy fakt, że suche dane o wzroście PKB mają ograniczoną wartość- nie mówią jak ten PKB jest dzielony, co z niego wynika, wreszcie co jest jego sprężyną. (Do czasu Ukrainy i spadku cen ropy, o Rosji Putina też można było mówić -i mówiono! - w kategoriach sukcesu.)
Spójrzmy jednak na cyfry. To że daleko nam wciąż do Europy Zachodniej, przyznać muszą nawet entuzjaści III RP. Jak wypadamy jednak na tle krajów regionu? Podziwiany zewsząd wzrost gospodarczy powinien wszak znaleźć odbicie w rankingach PKB. W zestawieniu Banku Światowego za 2014 rok, dochód narodowy na mieszkańca mamy niższy od: Czech, Słowacji i wszystkich krajów bałtyckich. Jesteśmy gdzieś na równi z Węgrami, przed Rumunią i Bułgarią. Coś zazgrzytało?

A co z innowacyjnością, patentami? Około 25 miejsca w Unii Europejskiej. A może za rządów Tuska udało się przepchnąć choć jedną polską uczelnię z piątej setki na świecie, do np. drugiej? Nic z tych rzeczy. Czy w ogóle powstała jakaś wizja rozwoju, mająca oparcie na solidnych fundamentach (w skrócie: technologia, nie dotacje), którą zaczęto realizować? Nie zaczęto, bo nie powstała.

To skąd właściwie zachwyt nad III RP? Chyba że uznamy Polaków za urodzonych nieudaczników („brzydka i biedna panna na wydaniu”), wtedy owszem, przy tak obniżonej poprzeczce, mamy sukces. Bo to, że zagranica chwali Polskę (na ogół mało o niej wiedząc) jest zrozumiałe-dla zagranicy liczy się, żeby w Polsce był spokój, a jeśli daje się tu na korzystnych warunkach robić biznes, tym lepiej. Można oczywiście zapytać, czy komuś z naszej części świata udało się dużo więcej? Tylko że dla ambitnych elit politycznych to pytanie jest nie na miejscu. Zawsze można porównywać się do słabszych i czerpać z tego satysfakcję. Na początku lat 70-tych Korea Południowa była biedniejsza od Północnej. Po 10 latach Koreańczycy z Południa nie tylko przegonili komunistów z Północy, ale i większość krajów azjatyckich, mogli w zasadzie osiąść na laurach. Jednak od samego początku cel był inny: dogonić, a najlepiej przegonić swojego największego rywala/wroga/konkurenta- Japonię. To co wtedy wydawało się aberracją, dziś się właściwie spełniło.
Pewne jest, że przywódcy Singapuru i Korei wyśmialiby sukces kraju, z którego za chlebem wyjeżdża miliony ludzi, a wielu na miejscu żyje w niedostatku.

W Polsce, okazuje się, można jednak gładko suflować propagandę o wiekowym sukcesie. Pomijam zwykłych ludzi i ich motywacje. Zarzut dotyczy establishmentu III RP, który albo syty żyje wyobcowany od reszty społeczeństwa i jego problemów, albo ma takie polskie kompleksy, że to co jest autentycznie uważa za sukces, albo świadomie broni spetryfikowanego systemu i swego stanu posiadania. Ten system jednak, moim zdaniem, przynosi zbyt mało korzyści zwykłemu obywatelowi. A to losem tego obywatela powinny zajmować się prawdziwe elity kraju.

I właśnie dlatego PiS. Bo popierając PO czy Nowoczesną będzie „tak jak było”. PiS jest jedyną partią, która ma wizje rozwoju kraju: program odbudowy polskiego przemysłu, program tanich mieszkań, konkrety w polityce prorodzinnej. Z tego powodu, mimo wątpliwości, jestem gotów rozgrzeszyć PiS z zachowania wobec Trybunału Konstytucyjnego. Gdy wcześniej PO, łamiąc konstytucję, robiła to samo, kierowała się tylko chęcią utrzymania władzy, co sprowadzałoby się zapewne do obstrukcji wszystkiego co robi PiS, tak by uniemożliwić mu rządzenie. Oficjalnie nazywałoby się to ratowaniem polskiej demokracji przed faszyzmem. PiS natomiast, to jest mój kredyt zaufania, robi to co robi, by realizować swój program. Tym większą bierze więc na siebie odpowiedzialność. Bo gdy po roku albo dwóch okaże się, że owa wizja była tylko mamieniem wyborców, albo gdy rządy Kaczyńskiego, Szydło i Morawieckiego okażą się po prostu indolentne, to tym bardziej zasłużą na wymierzenie kary przy urnie wyborczej. Na dziś jednak, ja innej alternatywy dla Polski nie widzę.